Wysiedleni (8)

Wojna i poznańska rodzina

WŚRÓD ZGLISZCZ I RUIN (I)

W nocy z 27 na 28 sierpnia 1944 roku przez Ostrów Mazowiecką przeszły ostatnie oddziały Wehrmachtu. Wycofujące się wojska niemieckie niszczyły wszystko co stanowiło dorobek gospodarczy społeczeństwa, wszystko co mogłoby przydać się nadchodzącej Armii Czerwonej.Wysadzały, paliły, zaminowywały. Rankiem 28 sierpnia oddziały 96 homelskiej dywizji strzelców, wchodzącej w skład 48 armii 1 Frontu Białoruskiego, dowodzonej przez gen. Fatycha Bułatowa, wkroczyły do miasta.

Ostrów Mazowiecka była bardzo zniszczona.Najcięższe rany zadali miastu wycofujący się Niemcy, ale najwięcej szkód wyrządziła artyleria sowiecka. Wysadzony został browar i zniszczona elektrownia. Spłonęły trzy młyny. Zburzony został budynek starostwa,koszary przy ulicy Różańskiej, gmach Kasy Skarbowej i szkoła przy ulicy Kościuszki. Mocno uszkodzony był ratusz. Dużo domów było spalonych lub zburzonych, a wiele obiektów zaminowanych. Wszędzie czuło się świeżą spaleniznę pogorzelisk. Miasto było bez prądu. Niemcy wprawdzie nie wysadzili całej elektrowni, ale zniszczyli agregaty prądotwórcze.Ciemności nocy rozświetlały tylko krzyżujące się smugi wojskowych reflektorów przeciwlotniczych przeszukujących niebo.

Po powrocie z Dud zamieszkaliśmy na Małkińskiej w drewnianym parterowym domu (fot. wyżej), którego właścicielem był pan Stanisław Pęziński. Wejście od ulicy prowadziło przez niewielki ogródek.Nasz pokój był bardzo duży i słoneczny – miał cztery okna z widokiem na ulicę. Z jego umeblowaniem nie było kłopotu. Mieliśmy przecież tylko to, co zabraliśmy do Dud: sienniki, drewnianą skrzynię zrobioną przez Jakackiego i ławę. Był tylko jeden bardzo poważny problem – nie było na czym gotować. Po przeciwnej stronie ulicy, z ruin domu, w którym mieścił się jeszcze niedawno Arbeitsamt, wygrzebaliśmy kilkadziesiąt cegieł, urobiliśmy glinę i ojciec postawił niewielką kotlinę.

Zaraz po naszym powrocie do Ostrowi odwiedził nas ks. ZygmuntKapkowski. Przyszedł zobaczyć co się u nas dzieje, jak się urządziliśmy.Słuchał naszych opowiadań o przejściu frontu i wkroczeniu Sowietów.Opowiedział nam o swoich przeżyciach i o tym, jak biskup Zakrzewskiuratował ostrowski kościół:

W czasie oblężenia, wielu ludzi schroniło się w świątyni. Grube, ceglane mury i głęboka wiara w Opatrzność Boską dawały im poczucie bezpieczeństwa.Modliliśmy się wspólnie. Prosiliśmy Matkę Bożą o opiekę, śpiewając:„Pod Twoją obronę…”. Kierowaliśmy do tronu bożego błagalne pienia: „Odpowietrza, głodu, ognia i wojny – zachowaj nas Panie ” Nasze modlitwy i śpiewy zlewały się z gwizdem i wybuchami spadających pocisków.

Kościół stanowił duży, dobrze widoczny z daleka, cel. Sowieckie pociski armatnie uszkodziły świątynię – kilka trafiło w południową ścianę,a jeden wpadł do wnętrza, „wylądował” przed głównym ołtarzem i … nie eksplodował. Czyż to nie cud? Ale później zdarzył się kolejny cud, chyba jeszcze większy! Gdy zjawili się żołnierze niemieccy, aby wysadzić kościół,ksiądz biskup Zakrzewski z boską pomocą, wykorzystując swą biegłą znajomość niemieckiego, potrafił mądrymi argumentami odwieść saperów od zniszczenia świątyni.

Widać, w niebie usłyszano nasze wołania i otoczono nas opieką, bo „kto się w opiekę odda Panu swemu – ma obrońcę Boga!”.

Wszyscy spodziewali się dalszego szybkiego marszu Armii Czerwonej na zachód i prędkiego końca wojny. Rodzice liczyli na to, że w październiku, a najpóźniej w listopadzie, będziemy już w Poznaniu. Tymczasem,idące jak burza wojska sowieckie, przerwały swoją zwycięską ofensywę i zatrzymały się na prawym brzegu Wisły. Sytuacja wojenna i polityczna wskazywała na to, że czeka nas, być może, jeszcze jeden rok tułaczego życia.

Na początku września przemieszczały się przez miasto duże oddziały Armii Czerwonej. W związku z tym władze wojskowe zobowiązały mieszkańców Ostrowi i okoli, do wystawiania przed domy wiader z pitną zimną wodą i do udzielania żołnierzom wszechstronnej pomocy.Przez cały upalny dzień, w kurzu i hałasie, ciągnęły kolumny wojska.Żołnierze, w spłowiałych drelichowych mundurach, spoceni, zakurzeni i zmęczeni, szli nierówno – trójkami. Niektórych musieli podtrzymywać koledzy, bo ledwo trzymali się na nogach. My – chłopcy – byliśmy zawiedzeni. Przecież wojsko powinno maszerować czwórkami, równym sprężystym krokiem, ze śpiewem! Jechały tabory złożone, w większości,z małych wozów ciągnionych przez jednego mechatego konika. Przejeżdżały ciężarówki ZiS 5, armaty, zamontowane na trzyosiowych samochodach ZiS 6, wyrzutnie katiusz i wielkie czołgi T34.

Jakże potrzebna była ta woda wystawiona przed domy. Spragnieni czerwonoarmiści pili ją łapczywie, polewali spocone, zakurzone, rozpalone twarze i głowy. Patrzyliśmy na to maszerujące wojsko z wielką chłopięcą ciekawością. Donosiliśmy raz po raz ze studni świeżą wodę i w kubkach podawaliśmy ją żołnierzom. Przede wszystkim jednak,zgodnie z poleceniem mamy, pilnowaliśmy wiadra i kubków.

W niedzielę 10 września, po raz pierwszy od prawie dwóch miesięcy,poszliśmy znowu do kościoła (na zdjęciu powyżej obecnie). Mama nie miała czym wyprasować zmiętych komży i nie mogliśmy służyć do mszy,więc byliśmy razem z rodzicami. W uszkodzonym działaniami wojennymi kościele, którego wnętrze zostało już wstępnie uporządkowane,uroczystą mszę świętą odprawiał ksiądz biskup Zakrzewski. Dziękowaliśmy Bogu za przepędzenie Niemców i prosiliśmy Go o jak najszybsze zakończenie wojny. Na koniec mszy organista zagrał kilka taktów pieśni Serdeczna matko i …zamiast znanej mi dobrze pieśni do Matki Bożej zaintonował, zabronione w czasie okupacji Boże, coś Polskę…

To Przed Twe ołtarze zanosim błaganie: Ojczyznę wolną pobłogosław,Panie! było tak potężne, że zdawało się unosić sklepienie kościoła, aby jak najkrótszą drogą polecieć do nieba i dotrzeć do Boga. Ksiądz biskup zamiast, jak zwykle zaraz po zakończeniu mszy świętej, pójść z ministrantami do zakrystii, stał przed ołtarzem i razem z wiernymi śpiewał ten hymn do wszechmogącego Boga.

Największym naszym zmartwieniem była w tym czasie Małgosia.Przywieźliśmy ją z Dud chorą i nie bardzo wiedziano, co jej dolega.Objawy wskazywały na zatrucie pokarmowe. Może Niemcy zatruli wodę w studni w Dudach? Ale przecież wszyscy piliśmy tę wodę i nikt z nas nie zachorował. Z dnia na dzień marniała nam nasza czteroletnia siostrzyczka, nie chciała nic jeść, tylko piła i nikt nie wiedział w jaki sposób można by jej pomóc. Aż któregoś dnia zjawił się znowu ks.Zygmunt. Przyniósł, z zapasów kościelnych, butelkę czerwonego wina i powiedział: Dajcie dziecku tego wina, ono na pewno postawi je na nogi. To wino okazało się cudownym lekarstwem. Małgosia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odzyskała apetyt i zaczęła prędko wracać do zdrowia. (cdn)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pin It on Pinterest